archiwum

Przygotowanie do życia w czasach popkultury

recenzja spektaklu SAM, czyli przygotowanie do życia w rodzinie

Kiedy Piotr Cieplak obejmował dyrekcję Teatru Rozmaitości w Warszawie w 1999 roku, jego odbiorców określano jako „publiczność w martensach”, nawiązując do ówczesnej mody i rodzaju obuwia określającego różne subkultury. Cieplak deklarował wtedy, że jego celem jest przyciągnięcie do teatru młodych ludzi, którzy będą traktowali wyjście do teatru na równi z kinem czy pubem. Oglądając liczne spektakle dla dzieci (i tych najmłodszych, jak i nieco starszych) i dorosłych można odnieść wrażenie, że piętnaście lat po zamiarach Cieplaka znów istnieje szeroka grupa widzów pozbawiona teatru, który chciałby się z nimi komunikować, choć pewnie dzisiaj trudniej byłoby znaleźć dla nich unifikujący element na miarę „martensów”. Tę grupę stanowi młodzież gimnazjalna i licealna, dla której spektakle dziecięce są zbyt infantylne, a teatr dramatyczny często niezrozumiały, przez co nieciekawy.


Eksperyment Wrocławskiego Teatru Lalek dowodzi, że odpowiednio przemyślany język i problematyka spektaklu pozwalają bez trudu nawiązać porozumienie z taką widownią, unikając protekcjonalnego i dydaktycznego tonu. „Sam, czyli przygotowanie do życia w rodzinie” Marii Wojtyszko to nie lekcja, ani wykład, ale opowieść o trzynastoletnim Samuelu Twardowskim, którego rodzice postanawiają się rozwieść. Na pogubionego w sytuacji chłopaka, który nie jest już ani dzieckiem, ani jeszcze dorosłym, spadają na dodatek problemy towarzyszące okresowi dojrzewania – miłość do Wioli, nowej koleżanki, wstyd i lęk przed odrzuceniem uczucia, bójki z klasowym kolegą. Samuel musi też konfrontować się z nowymi kochankami ojca (niewiele starszymi od Sama) a także serbskim narzeczonym matki. Widząc spokój i szczęście w rodzinie Wioli (wielodzietna, katolicka rodzina, w której chłopcy dostali imiona po świętych i papieżach), wpada na pomysł, by dać się tu adoptować, co wpędza rodziców ukochanej w niemały popłoch. Ostatecznie wszystko kończy się happy endem. Ojciec wiąże się z inteligentną i wyrozumiałą narzeczoną, nowy mąż matki znajduje z chłopakiem wspólny język, Wiola odwzajemnia miłość, a klasowy dresiarz uczy go jeździć na rowerze; rodzice nigdy nie znaleźli na to czasu.


Początkowo reżyser Jakub Krofta żongluje stereotypami. Ojciec i matka Sama to wyzwoleni humaniści, uczestniczący w manifestacjach popierających aborcję, in vitro, sprzeciwiający się radykalnie prawicowym postawom. Ich zaangażowanie odbija się na Samie, który jest dla nich przede wszystkim pretekstem do negocjowania równouprawnienia w kwestii wychowywania. Na szczęście reżyser i autorka szybko porzucają powierzchowny rys postaci i sytuacji, z zaangażowaniem przyglądają się światu, w jakim żyje Samuel i przekładają swoje obserwacje na skrótowe obrazy. Kłótnie rodziców o opiekę nad Samem sprowadzają się do przeciągania chłopaka wraz z jego pianinem między sobą. Największy przyjaciel, chomik-pluszak z rozdwojeniem jaźni, co chwilę wychyla głowę ze ścian i udziela porad, a to podpowiada „dobre rozwiązania”, a to namawia do złego. Randki z Wiolą toczą się na ławce, skoro dom rodzinny Sama przestał istnieć. Szybko okazuje się, że rodzice są równie zagubieni w nowej sytuacji, jak syn; w pewnej chwili Samuel próbuje ich nawet podstępem pojednać ich ze sobą, przekonując, że oboje potajemnie okropnie za sobą tęsknią. Pękają zbyt proste stereotypy: wychodzi na jaw, że ojciec Wioli, którego Samuel postrzegał jako ideał, ma drugą żonę i dzieci w Opolu. Zaś dresiarz, który złamał Samowi nogę jest zwyczajnym, dobrym chłopakiem, tyle że wychowanym przez babcię-alkoholiczkę, uczącą go agresji, przemocy i krętactwa.


Ostra krytyka pada na szkołę i system edukacji. Na lekcji wychowania do życia w rodzinie, uczniowie mają czytać wypracowania na temat „Twoja koleżanka chce dokonać aborcji. Podaj argumenty, dla których nie powinna tego robić.” Samuel w swojej pracy przeprasza koleżankę Zosię za to, że będzie musiała zostać dwunastoletnią samotną matką, wszyscy się od niej odwrócą i nigdy nawet nie wyegzekwuje alimentów od trzydziestoletniego ojca dziecka, ponieważ w momencie zbliżenia była tak pijana, że nie pamięta jego nazwiska. Apodyktyczna nauczycielka oskarża go o drwiny z lekcji, Sam wyjaśnia, że skoro sprawa miała dotyczyć jego koleżanki, trudno żeby miała trzydzieści zamiast dwunastu lat. Nauczycielka nagle uderza w szloch, pomstuje na bzdury w podręcznikach, sama uważa używanie prezerwatyw za konieczną ochronę, ale musi realizować program. Uczniowie żądają, by na lekcjach mówić choćby o problemach wywołanych przez rozwód rodziców, z którymi właśnie boryka się Sam. Scena nie tylko punktuje oczywiste słabości systemu edukacji, również odsłaniania mechanizm projektowania wizji współczesnego nastolatka i jego świata przez autorów programów dydaktycznych. „Przygotowanie do życia w rodzinie” nie musi przecież wyłącznie zajmować się przypadkowym seksem, alkoholem i narkotykami, powinno w takim samym stopniu zajmować się istotą uczuciowego związku, szkolną przemocą i przeciwstawianiem się jej oraz trudnymi sytuacjami rodzinnymi. Tego jednak system edukacji zdaje się nie dostrzegać.
Najciekawiej w spektaklu przebiega proces identyfikacji widzów z Samuelem. Początkowo chłopak wydaje się pechowcem-nieudacznikiem, nieco ekscentrycznym klasowym kujonem, grającym na elektrycznym pianinie i komponującym własne piosenki, w eleganckim sweterku i dużych okularach. Z czasem jednak wygłasza coraz bardziej błyskotliwe i nie pozbawionego złośliwego humoru krytyczne komentarze wobec zachowania rodziców. Potrafi być asertywny, gdy ojciec po raz kolejny chce poznać go z nową kochanką – i złośliwy, kiedy serbski narzeczony matki traktuje go z wyższością. Nie wzbudza jednak ani litości ani współczucia, imponuje swoim uporem i inteligencją. Ogromna w tym zasługa Grzegorza Mazonia (również autora muzyki do spektaklu), który w błyskotliwy sposób wybrnął z roli trzynastolatka, nie popadając w karykaturalną dziecinadę, grając z wyczuciem konwencji i humorem. Na pochwałę zasługuje zresztą cała obsada – Kamila Chruściel w roli znerwicowanej i nieco pogubionej w nowej sytuacji Matki, Radosław Kasiukiewicz jako przeżywający drugą młodość ojciec, Marek Koziarczyk – klasowy dresiarz o skrywanej wrażliwości, Konrad Kujawski w roli serbskiego narzeczonego i ojca Wioli czy Marta Kwiek – matka Wioli i strofująca wszystkich nauczycielka o skrzekliwym głosie z ogromną trwałą na głowie. Aktorzy z wyczuciem odgrywają sytuacje z życia nastolatków, nawet jeśli czasem sięgają po parodię, to z ironią, którą widownia szybko odczytuje. Dzięki temu, spektaklowi „Sam, czyli…” daleko do pretensjonalności, ale i banalizowania problemów chłopaka.


Wrocławski Teatr Lalek podjął udaną próbę uzupełnienia repertuaru o spektakl dla młodzieży. Widownia wydawała się niekiedy skonsternowana aktualnością tematu i tym, jak bardzo przedstawienie odbiega od sztampowych inscenizacji Fredry czy Słowackiego, które obowiązkowo szkoła musi zaliczyć, a które skutecznie odstraszają młodzież od teatru. Napisany zrozumiałym językiem „Sam…”, odwołując się do współczesnej wyobraźni wysyła prostą informację, że teatr może mówić do nich i o nich. Byłoby wielką stratą, gdyby zachęcona do ponownego przyjścia do teatru widownia nie miała już więcej żadnych propozycji dla siebie. Bo czy wtedy wróci do niego za kilka lat?

 

 

Marta Bryś