archiwum

Trudne powroty z niepamięci

recenzja spektaklu Wszystko o mojej matce

Nie można ufać własnej pamięci: wspomnienia z czasem blakną, odchodzą, chowają się głęboko w ciele. Zdania z przeszłości nie chcą zostać ponownie wypowiedziane. Michał Borczuch – reżyser spektaklu „Wszystko o mojej matce” i grający w nim aktor Krzysztof Zarzecki postanawiają przyjrzeć się, jak działa pamięć. Zastanawiają się w jaki sposób można ją wykorzystać tocząc teatralną opowieść dotyczącą śmierci ich matek.
Spektakl nie opowiada historii Zofii Borczuch i Krystyny Zarzeckiej. O obu kobietach wiemy w zasadzie niewiele. Pierwsza z nich pracowała w fabryce perfum, ale to nie jest pewne. Pamięć bywa złudna. Jej ulubionym kolorem był pruski błękit, który w postaci cienia trudno nałożyć na powiekę. Krystyna lubiła zbierać grzyby, w lesie często chodziła boso, w domu nago. Była weterynarzem. Jak stwierdza jedna z aktorek, życie głównych bohaterek spektaklu nie było specjalnie interesujące – trudno poświęcić im cały spektakl, z kilku wspomnień nie można zbudować roli. Kobiety odegrane zostają przez zgromadzone na scenie aktorki: Dominikę Biernat, Iwonę Budner, Monikę Niemczyk, Halinę Rasiakównę i Ewelinę Żak, a także towarzyszącą im na nagraniach ciężarną Martę Ojrzyńską opowiadającą o przygotowaniach do porodu. Chociaż główne postacie wydają się tu bardzo konkretne – nazwane są z imienia i nazwiska, aktorki z konieczności poruszają się w przestrzeni swoich wyobrażeń o nich, przez to sięgają także do własnych doświadczeń uniwersalnych pojęć – kobiety, matki. Każda z nich podejmuje wyzwanie w inny sposób, tworząc na scenie fascynującą kreację budowaną na styku wyraźnie rysowanej postaci i własnej prywatności.
Borczuch z Almodóvara wziął przede wszystkim tytuł oraz pomysł rozbicia postaci matki na kilka obdarzonych różnym temperamentem i osobowościom aktorek. Reżyser zaś przejął rolę Estebana – filmowego syna, który postanawia napisać opowiadanie o matce. Wykonuje podobną pracę twórczą – gromadzi wspomnienia i przekształca je w  artefakt. Podobne zadanie powierzył Krzysztofowi Zarzeckiemu. Ich notesy z zapiskami są jednak pełne pustych kartek i niedokończonych zdań. Pamięć potrzebuje pretekstu do tego, by uruchomić mechanizm tworzenia wspomnień. W przypadku Borczucha jest to wybuch elektrowni atomowej w Czarnobylu. Przy strachu pań przedszkolanek, informacjach o zbliżającej się do Polski radioaktywnej chmurze zapisało się jedyne wspomnienie pełnego dnia spędzonego z chorą matką. Opowiada o nim sam reżyser, który siedząc na scenie próbuje przekazać Iwonie Budner instrukcje konieczne do odegrania tej sceny. Podobne instrukcje przekazuje aktorkom Krzysztof Zarzecki, opowiadając im o grzybobraniu. Każe im  wyobrazić sobie na scenie las, po którym kobiety spacerują. Aktorki wypytują go o to, co oznacza ta scena: czy jest metaforą, czy prywatnym wspomnieniem, czy nawiązaniem do matury z biologii, którą Zarzecki pisał po pogrzebie matki. On jednak nie ułatwia im zadania – nie chce się dzielić wspomnieniami, ani tłumaczyć sensów. To, co mówi to tylko instrukcje zakorzenione gdzieś głęboko w jego pamięci/podświadomości.
Podobnie działa długo zapowiadana scena pogrzebu „Ostatnie pożegnanie”, która nie może zostać pokazana. Tak jakby rytuał, a tym samym żałoba nie mogła się dopełnić. Potencjalnie najważniejsza scena spektaklu jest nieudana – odbywa się gdzieś na zapleczu. Widownia słyszy tylko dobiegające za ściany głosy. Brak tam najważniejszej w tej części aktorki – Humy, w którą wcieliła się Halina Rasiakówna.
Warto zwrócić uwagę na świetną grę całego zespołu aktorskiego, który odważnie wchodzi w sceniczny eksperyment. Na scenie szczególnie wyróżniają się jednak dwie postaci. Pierwszą z nich jest Halina Rasiakówna. Potrafi wcielić się w rolę pracowniczki zakładu przemysłowego, a chwilę potem w postać Humy – aktorki wyjętej wprost z filmów Almodóvara, zachowując przy tym dystans do roli. Rasiakówna na scenie ciągle przyciąga wzrok, każdy jej ruch, spojrzenie, wypowiedziane zdanie nabiera znaczenia. Łączy doświadczenie imponującego warsztatu aktorskiego z otwartością i eksperymentalnym podejściem do roli. Fascynująca jest również praca Krzysztofa Zarzeckiego, który na scenie działa ciągle na styku gry i intymności. Wierzymy, że stara się pokazać na scenie cień własnych wspomnień – lecz tak naprawdę trudno zauważyć gdzie przebiega granica między teatrem, a życiem. W końcu aktor opowiada o sobie gotowym, zapisanym tekstem podpisanym przez Tomasza Śpiewaka, a jednocześnie twórczy proces jest tu uruchomiony właśnie dzięki wkroczeniu w jego prywatność. Zarzecki jest idealnym aktorem do balansowania na tej granicy.
W spektaklu brak jest wyraźnego finału. Podszyte smutkiem sceniczne obrazy, tak jak scena pogrzebu nie mogą zostać skończone. Opowieść nigdy nie będzie kompletna. Cały czas tworzy się na styku tego, co jest i tego, co było. Z niepamięci wyłaniają się kolejne wspomnienia – praca nad spektaklem o matce nie może zostać dokończona.  Scenę ogarnia piękno wiecznej melancholii.

Katarzyna Niedurny
 Tomasz Śpiewak WSZYSTKO O MOJEJ MATCE. Reżyseria: Michał Borczuch, scenografia: Dorota Nawrot, muzyka: Bartosz Dziadosz, reżyseria światła: Jacqueline Sobiszewski. Premiera polska w Teatrze Łaźnia Nowa w Krakowie 22 kwietnia 2016.