23. edycja (2016/2017)

Jestem sceną

recenzja spektaklu Wieloryb the Globe

 

Tę wiadomość usłyszał chyba każdy, choćby średnio zainteresowany życiem teatralnym. Wybitny aktor doznaje wylewu krwi do mózgu, który przerywa jego intensywną działalność zawodową i prawdopodobnie całkowicie przekreśla ewolucję mistrzowskiego rzemiosła z którego był znany i za które był podziwiany. Jakiś czas potem w mediach pojawiają się liczne informacje o żmudnej rehabilitacji artysty, która powoli przynosi zauważalne postępy. Pierwsze diagnozy lekarzy brzmią jednak dramatycznie: w ciele Krzysztofa Globisza ma nie być już Krzysztofa Globisza.
„Mylą się” – zapewniają nas ponad dwa lata później ze sceny Łaźni Nowej Marta Ledwoń i Zuzanna Skolias – byłe studentki Globisza na wydziale aktorskim krakowskiej szkoły teatralnej. Chwilę wcześniej zobaczyliśmy go, ubranego w garnitur, pod muszką, wychodzącego o lasce ciężkim krokiem zza bocznej zasłony, odnotowawszy naszą obecność bardzo świadomym, przyjaznym spojrzeniem. Krzysztof Globisz jest z nami bez wątpienia – jeśli można tak powiedzieć – ciałem i duchem. Choć już na początku widać, że przejście szerokości całej sceny jest dla niego wyzwaniem. Dochodzi do kanapy, położonej na przeciwległym brzegu, kładzie się na niej i oddycha głęboko, jakby ta czynność solidnie go utrudziła.
Aktorki wyjaśniają nam pomysł na to wydarzenie: „W 2015 roku siedzimy sobie w Brnie. Ja [Skolias] i mój mąż Mateusz [Pakuła], który jest autorem tego tekstu i Eva [Rysova], która jest reżyserką tego spektaklu. I zastanawiamy się co zrobić. (…) Żeby mu pomóc. No chyba spektakl – mówi Eva. Najlepiej chyba spektakl. Mateusz rzuca pół żartem, że to może być spektakl o wielorybie, którego wyrzuciło na brzeg. Na piaszczystą plażę wyrzuciło z oceanu i on leży i cierpi”. Marta Ledwoń i Zuzanna Skolias miałyby zagrać aktywistki Greenpeace’u, specjalizujące się w ratowaniu wielorybów.
Niezwykle poruszająca metafora wyrzuconego na brzeg ssaka, któremu dwie ekolożki usiłują pomóc w trudzie wypłynięcia z powrotem w morze, jako punkt wyjścia spektaklu, to, trzeba przyznać – strzał w dziesiątkę. Twórcy łapią nas tym za gardło już w pierwszych minutach. Ale sytuacja teatralna – czy może raczej: performatywna – w krakowskim Wielorybie… jest nieco bardziej pogmatwana. Bo metafora zostaje w nim metaforą – wypowiedzianą raczej, niż iluzyjnie zrealizowaną. Zaś głównym bohaterem wydarzenia jest ten prawdziwy Globisz, zmagający się ze swoją kondycją, czyli po prostu z zaburzeniami ruchu i afazją utrudniającą wypowiadanie najprostszych komunikatów. Globisz, który – dzięki życzliwości i kreatywności swoich młodych partnerów – szuka na naszych oczach formy wyrazu dla swojego bycia na scenie teraz, nie grając właściwie tytułowego Wieloryba, a będąc sobą – zagadującym towarzyszące mu aktorki, opowiadającym absurdalne bajeczki, nie mogąc wyraźnie wypowiedzieć jakiegoś słowa, kompulsywnie rzucającym krótkie i ostre bluzgi, moczącym nogi w położonym pod kanapą akwarium z maleńkimi rybkami, które, jak w niektórych salonach kosmetycznych, „pilingują” jego stopy. Pytanie, co właściwie czuje wielki aktor, który zmaga się z recytacją dziwacznego tekstu o zwierzątkach, wisi nad całym tym przedsięwzięciem. Oczywiście nie dowiemy się tego. Ale twórcy dbają za to, byśmy podczas tego wieczoru to my odczuwali bardzo dużo.
Równolegle zatapiają nas więc w fantazyjnym, emocjonującym i zdecydowanie już sztucznym, teatralnym świecie. Taka jest scenografia złożona z puf w dziwnych kształtach, kojarzących się ni to z podwodną krainą usłaną rozmaitymi ukwiałami i wodorostami, ni to z szalonym placem zabaw zbudowanym przez konceptualnego artystę. W centrum sceny stoi zaś eliptyczna metalowa konstrukcja z niezliczoną ilością pozawieszanych białych kartek, które lekko falując, stanowią tło dla pięknych, choć równie dziwacznych, marzycielskich projekcji. Bardzo spójna z tą „morską” wizją jest wykonywana częściowo na żywo elektroniczna muzyka. Raz słyszymy przelewający się ambient, innym razem elektroniczny bulgot syntezatorów, czasem zaś – w kilku piosenkach, śpiewanych przez aktorki – konkret perkusyjnego beatu. Słuchawki, które przez cały czas trwania spektaklu mamy na uszach, powodują, że zatapiamy się w tym świecie głębiej – w jego niespieszności, łagodności, kojącej atmosferze.
Odpowiedź na pytanie, na ile twórcy tego spektaklu mają prawo być „ambasadorami” wewnętrznego świata Krzysztofa Globisza, jest wbrew pozorom prosta. Tego prawa udziela im sam Globisz, doskonale świadomy okoliczności i poetyki całego przedsięwzięcia. Mało tego: pozwala on także na liczne biograficzne aluzje. Aktorki często cytują jego wypowiedzi z wydanego siedem lat temu wywiadu-rzeki Notatki o skubaniu roli. Najbardziej wstrząsająca jest ta, w której aktor zwierza się ze swojej fascynacji afazją. Twierdzi, że o wiele więcej, niż właściwa treść wypowiedzi mówi o człowieku sposób w jaki się „jąka, stęka, szuka słów”.
Te cytaty, ale także inne rozmaite ukłony w stronę biografii aktora – niekiedy dość zaskakujące, jak chodźmy wątek z filmu animowanego Gdzie jest Nemo?, który w polskiej wersji dubbingował Globisz – nie powodują na szczęście, że spektakl przybiera sentymentalny charakteru benefisu. Być może z obawy przed tym, aktorki zdecydowały się na przydługą i raczej zbędną sekwencję, w której zwierzają się ze swoich własnych pragnień i marzeń. Ważne jednak, że twórcy nie stosują, o co bywali oskarżani, szantażu emocjonalnego: poruszenie bierze się w tym spektaklu z umiejętnie skonstruowanych metafor, z bezpretensjonalnie afirmatywnej atmosfery, a w końcu chyba z tego po prostu, że widzimy, iż, mimo choroby, w Globiszu nie umarł artysta. Dowód? Proszę posłuchać z jaką precyzją i czułością aktor wykonuje partie wieloryba w brawurowym songu do tekstu Tuwimowego Pana Maluśkiewicza. Czapki z głów.
Najważniejszym tematem Wieloryba… zostaje koniec końców pytanie o naturę aktorstwa i teatru w ogóle: o to dziwne napięcie między kreacją, sztucznością, a nieubłagalnością prawdziwego życia z jego wszelkimi niedoskonałościami – o to, jak te dwa porządki mieszają się w teatrze. W tym duchu przebiega także zaskakujące spotkanie kondycji aktora z pisarskim stylem Mateusza Pakuły, który wyjątkowo upodobał sobie nieomal dadaistyczną filozofię języka, żywioł swoich dramatów budując często wokół pleplania, nonsensów, dziecięcego gaworzenia, czy właśnie – afazji. Już sam tytuł jest zabawną grą sensów, która staje się zrozumiała w trakcie spektaklu. Skojarzenie nazwiska krakowskiego aktora z londyńskim The Globe jest oczywiście pyszne samo w sobie. Ale kiedy czytamy wyświetlone na ekranie słowa: „The world is the stage /My brain is the stage /I am the stage”, docierają do nas głębokie intencje twórców.
Choć i tu pojawia się kontrowersja, formułowana przez niektórych widzów: ile w wystąpieniu Globisza autentyzmu, a ile grania? Innymi słowy: czy aktor na potrzeby spektaklu nie podkręca przypadkiem swoich ułomności? Ale znowu: nie możemy tego wiedzieć. I dlatego też taka podejrzliwość chyba nie ma większego sensu. Rehabilitacja aktora trwa, kto wie, na jaką formę scenicznej obecności będzie go stać już niebawem. Tymczasem po środowisku rozniosła się zaskakująca, ale chyba obiecująca wiadomość, że Globisz będzie współpracował z Justyną Sobczyk i aktorami Teatru 21. To może być coś.

Szymon Kazimierczak
 Mateusz Pakuła WIELORYB, THE GLOBE. Reżyseria: Eva Rysová, scenografia: Marcin Chlanda, muzyka: Zuzanna Skolias, Antonis Skolias, choreografia: Cezary Tomaszewski, reżyseria światła: Mateusz Wajda, multimedia: Jennifer Dzieło, Przemysław Celiński, Przemysław Fik. Premiera 9 grudnia 2016.