archiwum

Nieświęte niebo

recenzja spektaklu Piekło-niebo

Nie tak dawno, nie tak dawno temu sceny polskie zaludniane były postaciami matek wyciągniętych z umysłów ludzi, którzy niespecjalnie je chyba lubili. To były zazwyczaj grube i smutne albo żylaste i szare baby o imieniu „Matka”, a to wmuszające w dzieci zupę, a to psioczące, a to piastujące urząd tła dla męża/ojca/syna, którzy byli głównym tematem rozważań.
Wiadomo, że na psychoanalitycznych i literaturoznawczych tezach można wykopyrtnąć się łatwo i epicko, a jednak zaryzykuję: coś się zmieniło. Obraz matki w literaturze dramatycznej wyładniał, odmłodniał, nabrał wdzięku i riposty. Mama przeprowadziła się do dużego miasta, uwolniła od męża, niekoniecznie pracuje jako księgowa, a jej życie nie polega wyłącznie na nurzaniu się we frustracji. Można ją lubić, można chcieć nią być, a ona sama może mieć imię, nie być tylko nazwą funkcji.
Udowodnić tę tezę mogę na podstawie odjazdowego tekstu Marii Wojtyszko wystawionego przez Jakuba Kroftę we Wrocławskim Teatrze Lalek.
Trzeba mieć butę, żeby pokazać niebo jako siedzibę trochę hippisowskiego, trochę buddyjskiego Boga-luzaczka w otoczeniu androgynicznych aniołów i rozumiejącej kobiece uczucia Maryi, wściekającego się Świętego Piotra (scena gry w scrabble, kiedy Bóg, co tu dużo mówić, robi sobie ze swojej świty jaja – mistrz!); trzeba mieć butę, żeby pokazać Lucyfera – urzędasa z kompleksem nie bycia Bogiem, szefa durnego osiłka Belzebuba i nie mogącego uwolnić się od matki i iść samemu przez życie Osmółki.
 A może nie, może trzeba mieć poczucie humoru, psychologiczną wrażliwość i umieć opowiadać historie?
 Zaczyna się koncertem mamy Tadzia. Nie na skrzypcach, nie na oldschoolowym pianinie – Mama Tadzia jest tu i teraz, mama Tadzia, początkowo ukrywająca przed publicznością wdzięczne imię Jola, to DJ DAJE RADĘ.
 Wielka to wartość tej sztuki: pokazać Matkę-Polkę-Hipsterkę, bez wszystkich złych konotacji przychodzących do głowy w związku z każdym z tych słów. Mama Tadzia, jak wiele z nas, marzy o tym, że przyjdzie czas, kiedy „zarobi na koncertach dużo kasy” i będzie mogła leżeć z synkiem w piżamie i jeść lody, a nie jeździć i jeździć, pracować i pracować. Kto się nie wzruszył, kiedy podczas rozmowy przez telefon gilgocze synka w uszko, które jest tak strasznie, strasznie słodkie? Maria Wojtyszko pięknie zapisuje te pełne poczucia humoru czułości, te minimomenciki z sypialni i łazienki, które można mieć tylko z bliskimi sobie ludźmi. A Tadzio – cudownie tajemniczy, pokazany tylko poprzez głos z offu lub postać zamkniętą w żałobie po mamie w szafie, ukrywający się przed światem, wystawiający rękę tylko raz, kiedy Bóg daje mu znak, że mama gdzieś jest (za pomocą animowanego motylka) – też pokazany jest jako supersynek, fajny chłopczyk, którego chciałoby się mieć. Zażartuje, powie mamie prawdę, pokokietuje ciocię Renatę, siostrę mamy, która na naszych oczach z kobiety ubranej jak bibliotekarka w podstawówce rozkwita i znajduje miłość, a nawet zaczyna lubić dzieci. Wiele pisków i radochy widzom sięgającym mi do pasa sprawia również to, że cała anielsko-diabelska świta, uciekając z zaświatów, trafia w końcu na scenę Teatru Lalek, w sam środek przedstawienia o Lisku i Kaczuszce.
 Ta sztuka jest przewrotnie feministyczna – dawanie rady to w końcu ulubiona czynność młodych dzieciatych kobiet. Gdzie jest tata Tadzia? Nie ma taty Tadzia, nawet się o nim nie wspomina. Zwiał? Tak jak Tata Joli, cierpiący teraz w piekle męki bycia połowicznym przez to, że nie poznał własnych dzieci (jest torturowany przez codzienny pokaz zdjęć córek)?
 Chciałoby się, żeby Jola przestała czasem dawać radę – i tak jest, sam Tadzio proponuje jej, żeby sobie w niebie odpoczęła. Radzi sobie nieźle, a i Jola akceptuje zmianę, to, że pewne rzeczy trzeba przyjąć, przeszedłszy całą drogę do tej akceptacji prowadzącą.  Wojtyszko funduje widzom podróż przez kręgi piekła i nieba, pełną buntu i determinacji wycieczkę do akceptacji początkowo nieakceptowalnego. To, co wyjątkowo podoba mi się w tym tekście, to sam jego rdzeń: rozpisanie strachu przed sytuacją, kiedy ktoś nam bliski zostanie sam. Co będzie, jeśli zginę w wypadku? Co z ukochaną osobą? Jak przeżyć utratę?
 Widać, ile w to pędzące, dynamiczne przedstawienie zostało włożonej pracy. Ile czasu autorka i reżyser poświęcili, żeby historia się składała, żeby okrasić ją humorem, a jednocześnie nie przesadzić, jak wiele kombinowania jest pod spodem, żeby efekt był tak jasny i precyzyjny. Wszystko, co Jakub Krofta pokazuje na scenie, wydaje się jedynie środkiem do celu: opowiedzenia historii tak, jak na to zasługuje, poprowadzenia aktorów tak, żebyśmy z nimi byli. Ten rodzaj przezroczystej reżyserii jest być może najtrudniejszy: nie ma efekciarstwa, a są efekty: śmiejemy się, wzruszamy się, jednocześnie wszystko jest jak z funkcjonalnie urządzone nowoczesne mieszkanie – obrotówka kręci się, kiedy potrzeba, kostiumy są tyleż wyraziste, co ironiczne, aktorzy, z Agatą Kucińską na czele, zdają się przeszczęśliwi, że mogą w tym przedstawieniu grać. I te animacje Jakuba Lecha! Chcę takie w domu, chcę to sobie puszczać na ścianie – te romby 3D, te pulsujące kreski.
 A najbardziej chcę, żeby ktoś częściej zabierał mnie między Boga i Szatana, w nieświęte niebo i pozbawione kotłów ze smołą piekło, gdzie dzieje się laicka, ludzka, mądra historia.


Anna Wakulik
 
Maria Wojtyszko PIEKŁO – NIEBO. Reżyseria: Jakub Krofta, scenografia: Matylda Kotlińska, muzyka: Grzegorz Mazoń, choreografia: Aneta Jankowska, reżyseria światła: Damian Pawella, projekcje: Jakub Lech. Premiera Wrocławskiego Teatru Lalek 4 grudnia 2016.